06.04.2008, 17:10
Siema, dawno nie pisałem. Tak jakoś wyszło. Che sie z Wami podzielic pewną moją przygodą z której morał jest: "Jak się nie wypieprzysz to się nie nauczysz"...
Długo starałem się dostac do sekcji rowerowej w AZSie, dlaczego mam chodzic na WF skoro taką samą ocenę mogę dostac za to co i tak lubię? Najpierw mnie odprawili z kwitkiem o braku miejsc i kazali czekac, potem znów kazali czekac. Ale w końcu nadszedł upragniony dzień w którym podpisałem deklarację członkowską i zostałem szczęśliwie wpisany do pierwszej grupy rowerowej (tu ukłony dla Pani w sekretariacie).
Tydzień przed pierwszym wyjazdem trzeba było sprowadzic rower, więc w poniedziałkowy poranek można było zobaczyc rowerzystę z plecakiem pędzącego na pociąg. Przez kolejne dni rozpocząłem małe przygotowania do wycieczki. Wyjazdy pod górkę, kilka okrążeń pobliskiego parku. Wtedy już wiedziałem, że asfalt nie jest moim sprzymierzeńcem - "Co to za przyjemnośc?" (oczywiście szacunek dla "szosowców"). Nadeszłą upragniona sobota, spotkanie o 9:00 pod siedzibą AZSu. Z ust prowadzącego pada potok słów o bezpieczeństwie, ubezpieczeniach i tym podobnych, na końcu oznajmia: "Dziś kierunek - Tyniec". Uśmiech zagościł na mej twarzy haha "Pewnie się nawet nie spocę" pomyślałem (co zresztą potem sie potwierdziło). Ruszyliśmy spokojnie całą grupą, rower w pełni sprawny więc czerpałem z jazdy 110% przyjemności. Jedziemy całym peletonem, kilka skrzyżowań, kilka prostych, górka zjazd górka zjazd. Skręcamy w lewo. Nie wiem dlaczego chłopek przede mną nagle się zatrzymuje! Automatycznie wciskam oba hamulce żeby w niego nie wjechac!! To był błąd... Pamiętam tylko ramę na sobie i zapach asfaltu... Przeleciałem jak manekin przez kierownicę lądując na drodze. W tym momencie mogę śmiało powiedziec że kask spełnił swoje zadanie, lekko uszkodzony w okolicach potylicznych.
Nic mi się prawie nie stało, skończyło się na potłuczonym barku i żebrach oraz kolanie i spuchniętym kciuku, który swoją drogą sprawiał mi najwięcej trudności w dalszej trasie. Jazda w grupie wymaga zgrania, myślenia nie tylko o sobie ale i o innych. Tego prawdopodobnie wtedy zabrakło. Błędem też było zachowanie kierowcy samochodu, który na siłę chciał przerwac nasz peleton. Z mojej strony pojawił się brak koordynacji. Teraz wiem, dlaczego wolę jeździc w terenie. Mam lepszą orientację co zrobi mój rower zjeżdżając po szutrze czy błocie niż na asfalcie.
Pozdrawiam bikerów!
Nie zapominajcie o kasku...
Długo starałem się dostac do sekcji rowerowej w AZSie, dlaczego mam chodzic na WF skoro taką samą ocenę mogę dostac za to co i tak lubię? Najpierw mnie odprawili z kwitkiem o braku miejsc i kazali czekac, potem znów kazali czekac. Ale w końcu nadszedł upragniony dzień w którym podpisałem deklarację członkowską i zostałem szczęśliwie wpisany do pierwszej grupy rowerowej (tu ukłony dla Pani w sekretariacie).
Tydzień przed pierwszym wyjazdem trzeba było sprowadzic rower, więc w poniedziałkowy poranek można było zobaczyc rowerzystę z plecakiem pędzącego na pociąg. Przez kolejne dni rozpocząłem małe przygotowania do wycieczki. Wyjazdy pod górkę, kilka okrążeń pobliskiego parku. Wtedy już wiedziałem, że asfalt nie jest moim sprzymierzeńcem - "Co to za przyjemnośc?" (oczywiście szacunek dla "szosowców"). Nadeszłą upragniona sobota, spotkanie o 9:00 pod siedzibą AZSu. Z ust prowadzącego pada potok słów o bezpieczeństwie, ubezpieczeniach i tym podobnych, na końcu oznajmia: "Dziś kierunek - Tyniec". Uśmiech zagościł na mej twarzy haha "Pewnie się nawet nie spocę" pomyślałem (co zresztą potem sie potwierdziło). Ruszyliśmy spokojnie całą grupą, rower w pełni sprawny więc czerpałem z jazdy 110% przyjemności. Jedziemy całym peletonem, kilka skrzyżowań, kilka prostych, górka zjazd górka zjazd. Skręcamy w lewo. Nie wiem dlaczego chłopek przede mną nagle się zatrzymuje! Automatycznie wciskam oba hamulce żeby w niego nie wjechac!! To był błąd... Pamiętam tylko ramę na sobie i zapach asfaltu... Przeleciałem jak manekin przez kierownicę lądując na drodze. W tym momencie mogę śmiało powiedziec że kask spełnił swoje zadanie, lekko uszkodzony w okolicach potylicznych.
Nic mi się prawie nie stało, skończyło się na potłuczonym barku i żebrach oraz kolanie i spuchniętym kciuku, który swoją drogą sprawiał mi najwięcej trudności w dalszej trasie. Jazda w grupie wymaga zgrania, myślenia nie tylko o sobie ale i o innych. Tego prawdopodobnie wtedy zabrakło. Błędem też było zachowanie kierowcy samochodu, który na siłę chciał przerwac nasz peleton. Z mojej strony pojawił się brak koordynacji. Teraz wiem, dlaczego wolę jeździc w terenie. Mam lepszą orientację co zrobi mój rower zjeżdżając po szutrze czy błocie niż na asfalcie.
Pozdrawiam bikerów!
Nie zapominajcie o kasku...
jak mnie przestanie bolec to sciagam w piatek i jade! nie mam zamiaru tracic takich przyjemnosci