Bohaterem: imbus 5 mm
Przedstawione wydarzenia zdarzyły się naprawdę.
To było pochmurne, sobotnie popołudnie. Przygotowany do wycieczki podszedłem do roweru, najpierw pierwszy kontakt - ja i on, tylko my dwaj. Obszedłem go dwa razy jak kowboj swego mustanga przed wyprawą, przejeżdżając delikatnie palcami bo jego talii. Niech wie, że przez najbliższe kilka godzin będziemy współpracować... Nie! Będziemy stanowić jedno ciało, hybrydę zdolną pokonać wszystko! Dokręciłem kluczem hamulce, siodełko i mostek, chciałem być pewny wszystkiego. Ruszyliśmy...
Asfalt, przełożenie 3x7, w uszach daje się słyszeć tylko szum wiatru i niesamowity dźwięk spod opon. Przed nami pierwsza góra. Kilka postojów żeby się nie przemęczyć i nareszcie jest, stanęliśmy na szczycie. To był krótki postój, bo w końcu nie po to tu jesteśmy. Pora ruszyć w las rozciągający się dookoła. 500m krawędzią lasu i nareszcie koniec asfaltu, nareszcie to co nas najbardziej kręci - kamienie szuter, kałuże! Taaaaak, tego nam brakowało...
Odbijamy w drogę leśną, mijamy szlaban i pędzimy koleinami pokonując kolejne zagłębienia i korzenie. Coraz szybciej i szybciej! Nie słychać już nic tylko wiatr, który zawija swe włosy na nas i trzask pękających gałęzi wylatujących z impetem spod kół! Poczułem nagle że coś jest nie tak wciskając jednocześnie hamulce, STOOOOP! 5 metrów dalej i spadli byśmy jakieś 30m w dół...
- Dziękuję, powiedziałem mu nerwowym tchem. Zawracamy...
Odbijamy z drogi i znów pędzimy jak arab przez pustynię na wielbłądzie, kiedy nagle wyrasta przed nami sosnowa ściana. Koniec trasy, znów powrót. Przełożenie 1x1, ściółka więc nie ma się co przemęczać. Szelest liści przerywa nagle zgrzyt. Zgrzyt podobny do wyrwanej przerzutki i wkręconej w szprychy, znacie podobny dźwięk? NIE! To jest niepowtarzalny dźwięk! Bałem się spojrzeć na tylne koło, przełamałem się po krótkiej chwili i spojrzałem... To co wtedy zobaczyłem nie da się opisać... Zszedłem z roweru i położyłem go by ocenić sytuację...
Stałem nad nim patrząc jak cierpi, cierpiałem razem z nim. Wiedziałem, że muszę coś zrobić ale nie wiedziałem co, pustka w głowie. Z mej piersi wyrwały się słowa człowieka w takiej sytuacji: KU..A MAĆ!, które momentalnie rozbiegły się po lesie. Uklęknąłem przy nim, wziąłem do ręki przerzutkę, gwint w ramie był całkowicie zerwany. Wyciągnąłem też głównego sprawcę ze szprych - byłą to mała niewinnie wyglądająca gałązka.
- Co robić? Iść taki kawał do domu? Może go zanieść...
Wtedy usłyszałem wdzięczny głos pomocy! Tak! Wtedy właśnie odezwał się imbus 5mm którego nie odniosłem wtedy przed wyjazdem, był w kieszeni! Nie wiem jak mi się udało to poskręcać ale po wypadku nie było śladu!
Jedziemy dalej, mimo świadomości, że już nie jest jak wcześniej znów było niesamowicie. Pokonując leśne ścieżki wpadamy na pozostałości obciętych gałązek z drzewa. Wtedy znów to samo, znów ten sam dźwięk!
- Nie, nie.. Proszę, tylko nie to samo... Moje prośby jednak nie został wysłuchane. Postawiłem go pod drzewem i przystąpiłem do "cudownego" przykręcania... HA! Udało się, imbus bohaterem wyprawy... Od tej pory był koniec z bezdrożami i szczególna uwaga na leżące gałązki. Pokonaliśmy jeszcze spory kawał nim dotarliśmy szczęśliwie do domu. Bez wątpienia była to jedna z wyjątkowych "przejażdżek". Rama jest do wymiany, tylko nie mam funduszy już na nową, ale mam nadzieję, że udamy się jeszcze w niejedną trasę.
Bohater tej wyprawy leży teraz na honorowym miejscu, niech będzie talizmanem i przypomina o zabieraniu zestawu narzędzi w każdą trasę.
Pozdrawiam wszystkich i mam nadzieję, że nie żałujecie czasu spędzonego nad czytaniem...
Rower tym się różni od drugiego człowieka, że w pełni odwdzięcza się za poświęcony mu czas...
|